Coś dziwnego dzieje się w Saew!

Z notatek Galada Ingloriona:

Dzień jak każdy inny. Tak wydawało się bardowi. Wędrując po mieście, którego powoli nie cierpiał, a
jednocześnie z poczucia obowiązku zobowiązał się chronić Galad Inglorion spostrzegł grupę
Wyznawców Śmierci podążającą ku ich ohydnej Świątyni . Jako obywatelski strażnik Tasandory –
jeden z elitarnej i nielicznej formacji wspierającej obecnego Przywódcę Generała Elberna musiał za
nimi ruszyć. Co innego zabijać słabe, chore jednostki – wszak tak działa natura – chaotyczna, żywa a
jednak przeplatająca się ze śmiercią – a co innego czcić samą śmierć. To obrzydliwe – pomyślał –
zacisnął jednak zęby i wkroczył do środka. Wewnątrz spotkał Shozana, Allanay i Galathorna oraz
Maiara. Nie znał tej organizacji – i był tam również kapłan Barton. Po krótkiej naradzie grupa
postanowiła wyruszyć do Saew – celem odbicia Laithy.


I wyruszyli. Nie trwało długo, chociaż po drobnych opóźnieniach albowiem jak każdy z Inglorionów
Galad skąpym był i na runy w owe miejsce oszczędzał, przez co pomoc kompanów była nieodzowna.
Zaraz przed wejściem zaczęły się problemy. Nie pomnę ileż to mrocznych pułapek przyszło im
pokonać. Ba nawet łamigłówki z gatunku śmiertelnych. Na szczęście mieliśmy w naszej kompanii
sprytnego osobnika, którą rozumem i niespożytą siłą witalną rozwiązał je szczęśliwie.


Dalej nie było wcale lepiej. Znajdujące się w środku stwory przyjaznymi można nazwać tak samo, jak
przyjazne bywają mroczne elfy. A skoro o mrocznych elfach mowa… O zgrozo wewnątrz lochu
napotkaliśmy kilka z tych stworzeń. Nie wiedzieliśmy jakie mają zamiary, lecz przecież nic dobrego po
nich spodziewać się nie można. Wszak to przeklęte i z dawien dawna wypędzone istoty, które o czym
zwłaszcza ja, jako el… agencki tamael wiem. Walki z potworami przeplataliśmy miłą konwersacją w
stylu: milcz wypędzony, ty szyszko jadzie, następnym razem staniemy po przeciwnych stronach
miecza. Takie tam pierdolenie – ale nie pozbawione sensu wszakże.


Ponieważ wiem, że długie opowieści nie są do końca zrozumiane przejdę więc do zakończenia. Po
serii legendarnych pojedynków i niepowtarzalnych w swej prostocie zgonów – zwłaszcza mojej osoby
barda Ingloriona udało się naszej grupie uwolnić zakładnika. Podziękowano wszystkim uczestnikom,
dołączając do podziękowań zacne prezenty. I tak kończy się moja opowieść.